wtorek, 16 marca 2010

Travelling Always Brings Around STORIES

Wytaczam sie w sobotę rano z łóżeczka o godzinie 6:40, szczęśliwa jedynie faktem że w piątek po południu okazałam się być na tyle zapobiegawcza by kupić picie na drogę, narzucam kilka warstw ubrań wierzchnich, dopakowuję parę niezbędnych rzeczy do mojej wielkiej, wielkiej torebki damskiej, która jest tycim, tycim bagażem podróżnym, dzwonię po taksówkę, łapię do ręki serek wiejski do spożycia w pociągu, Lipton Grean Tea w półlitrowej butelce oraz klucze po czym wybiegam z domu. Uff. Do taksówki wsiadam kiedy Ged-  mój fon zaczyna pokazywać usłużnie 6:51, po czym instruuję pana w kwestii tego na który dworzec mamy jechać, że musimy jeszcze po drodze zaliczyć bankomat, i że pociąg do Warszawy jest o 7:09. Pan robi się dziwnie radosny, z bliżej nie znanych mi przyczyn. Hmm.  Wysiadam nie pod kasami, a przy autobusach  bo każdy toruński autochton (czyli prawie ja) i stały bywalec (mniej niż ja) wie, że szybciej jest przejść przejściem podziemnym z gatunku 'zabijesz sie na wyżłobionych schodach, nie tylko jak jest ślisko, ale przecież chciałeś/chciałaś szybkości więc teraz nie narzekaj'  niż dać motorowemu środkowi lokomocji zrobić objazd. Wpadam jeszcze do budynku dworca bo choć podejrzewam że jadę z peronu pierwszego, to z PKP nie znasz dnia ani (dosłownie) godziny więc lepiej sprawdzić. Jest 7:06 kiedy kłusem przebiegam przez halę, na chwilę jeno skręcając głowę w prawo. Yep, peron nadal pierwszy- w tej kwestii bez zmian. Gdy wypadam na peron (drugi) mój pociąg już stoi sobie nadobnie na peronie sąsiednim, szczerzy zęby- drzwi mając w większości pozamykane, sapiąc i dysząc i prowadzając na smyczy peronu pogwizdujących konduktorów. Płynnie zmieniam kłus na sprint, zastanawiając się czy bieganie w obcasach po betonie czyni ze mnie zwierze kopytne. Dopadam pociągu o 7:08 a szczerzący sie konduktor informuje mnie radośnie, że przecież pociąg by na mnie poczekał więc doprawdy czemuż to biegłam, och czemuż. Doprawdy ach,  sama nie wiem. Ale jak on myśli że ja nie poznam emanacji Lokiego(Murphy'ego) jak go widzę na ziemi w perlistej glorii Schadenfreude, to się grubo myli, ot co. Wsiadam do pociągu, kupuję bilet u ww. żartownisia, znajduje w miarę niezajęty przedział (jestem 5 osobą w 6-osobowym, mówię: w miarę niezajęty:>), w którym się usadawiam i odstawiam Sida *. I tak posypiam  przez 2 godziny, dopóki nie wybija 9ta, kiedy to zwijam się w sobie, pochłaniam serek, dokonuję reorganizacji torebki i wyruszam do toalety dokonać ablucji, rozczesania, namalowania twarzy itede, itepe. W przedziale zostawiam: wiszącą nad moim siedzeniem kurtkę, oraz leżące na siedzeniu do połowy opróżnione picie. Nie ma mnie może 15 minut, po czym gdy wracam dostrzegam w przedziale pewne zmiany. Panny która siedziała obok mnie brak, za to jej plecak leży w połowie na jej, w połowie na mojej części siedzenia. Przestawiam go by móc usiąść, a czynność ta ujawnia kłujący w oczy brak zielonej butelki Liptona. Przeprowadzam krótkie dochodzenie, nikt z pozostałych pasażerów nic nie wie (oczywiście-_-"), w związku z czym lekko zdziwiona siadam na własnym posteriorze, uznaję dopust boży (kosmici, to na pewno kosmici byli...albo Loki...)  i oddaję się dalszemu posypianiu, przy dźwiękach muzyki pana Costy. Po jakichś 5 minutach, zjawia się moja sąsiadka od plecaka, która patrzy na mnie z lekką konsternacją. Pytam jej (grzecznie podkreślam) czy nie widziała mojego picia może, starając się brzmieć możliwie nieagresywnie i nieakuzacyjnie, na co panna się płoni i mówi że myślała że już wysiadłam więc je wyrzuciła. Pół picia, sic! Tu już wkurw lekki jednak mnie dopada, więc pytam dość zjadliwie choć nadal z zenistycznym zgoła opanowaniem, czy przypadkiem obecność w przedziale mojej (wrzosowo różowej , grubej,  w sposób znaczący zwieszającej się z wieszaka nad MOIM siedzeniem, myślałby kto NIEMOŻLIWEJ do niezauważenia! ) kurtki nie zasugerowała jej tego że j e s z c z e  n i e   w y s i a d ł a m???! Panna płoni się jeszcze bardziej i zaczyna wyciągać kasę żebym sobie picie odkupiła. Podtekst w tym bynajmniej nie skruszony jest,  tylko raczej: "No masz kobieto 5 złotych i juz się nie czepiaj'. Raaaajt. Czepiam się of kors. Tylko dlatego że mam uzasadnioną pretensję o zamach na moją własność prywatną, pokaz karczemnej głupoty, plus robienie z siebie ofiary losu, to rzecz jasna czepiam się biednego żuczka. No doprawdy -_-". I tak niech się cieszy bo jak na sobotni niedospany poranek i tak wykazałam się anielską cierpliowością. A było sie roześmiać, przeprosić na luzie i byłoby po sprawie, a tak nie dość że mnie panna potrzebnych płynów pozbawiła, to jeszcze humor zwarzyła, sic!. Za piątaka podziękowałam patrząc na nią powątpiewająco i oddałam się  kontemplacji sufitu przy dźwiękach muzyki. Tymczasem dojeżdżamy do Warszawy Zachodniej gdzie starszy pan siedzący po przekątnej od panieny  wstaje, zbiera się, ubiera i wychodzi zostawiając na siedzeniu picie, którego panna już jednak nie próbowała wyrzucić.  Interesting :> Póki co chwilę po tym dotarliśmy do Centralnej, ja wysiadłam by spotkać się Cath, ciesząc się szalenie że ten cały absurd jak sen złoty pozostawiam za sobą. Mhm.
W Warszawie robiłam mało wiele (evil laugh was in use, so good that I practised :P) po czym wsiadam w niedziele do TLK do Bydzi, które wypchane jest niemal do granic możliwości mimo, że właśnie cały tłum ludzi wysadziło. Postanawiam nie być wybredna i pakuję się do pierwszego przedziału gdzie jest wolne miejsce. Wchodzę do środka, patrzę na lewo  a tu zaraz przy drzwiach siedzi...panna od picia!!!
*muzyka z Twiglight Zone zaczyna grać w tle *

A na poważnie tym razem picia mi nie wyrzuciła (niedoczekanie!) , ale nikt mnie nie może winić że trzymałam je nieco kurczowo przez dobrych parę  minut. Z drugiej strony ona intensywnie zaczęła zajmować sie własną komórką (nie mózgową) zupełnie jakby się mnie bała... Hm, hmm, parampam.... :>  'Meeee? Eeeevil? Just tell me to stop' jak to głosił kiedyś rysunek Mari dla Leny bodajże :D
.

* strzelić /walnąć Sida to (vide  leniwiec z Epoki Lodowcowej) spanie metodą pad na wznak, i przejscie do stanu Alfa  w okresie ok 30 sekund :DDD.

Mood  




Mściwie radosny & Twilightzonowo krotochwilny

6 komentarzy:

  1. Matko droga, na Twoim miejscu wysiadając w Toruniu wręczyłabym pannie choćby pustą butelkę po swoim piciu xD

    Jak dobrze, że mi przypomniałaś o tym rysunku! Piękny był, tylko niepewnam w tej chwili autorstwa... o.0

    OdpowiedzUsuń
  2. A patrz, niezła myśl, choć ja po prostu ekologicznie zabrałam butelkę do domu i noszę w niej picie do pracy.

    Rysunek był bardzo piękny. Albo Mari autorstwa albo Shina. Not sure.

    OdpowiedzUsuń
  3. a Ty po prostu JESTES iwul i nic tego nie zmieni
    bua
    ha
    ha
    o!
    Gaia

    OdpowiedzUsuń
  4. You know me Gajuś, you know me :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Ah... cóż za przerażająca przygoda. Biedna dziewoja zapewne drżała ze strachu przez całą podróż z Wawy. Bo jeszcze się upomni o swoją herbatę i masakra gwarantowana. :P

    Aczkolwiek świat jednak małym jest i coraz bardziej się kurczy.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Hoshi
    Czyli robię dyfuzję zarzutu że nie odpowiadam Ci na komentarze :P
    Zupełnie nie wiem o co ci chodzi... To ja byłam ofiarą całego tego zajścia, a w Tobie of kors zero współczucia. Typowe :DDDD

    Mam nadzieje że za naszego życia świat nie skurczy się do tego stopnia by nas przytrzasnąć :>

    OdpowiedzUsuń