czwartek, 18 marca 2010

Patrykowe, kinowe i zaprzeszłe

Mysl ogólnopatrykowa:

Jeśli następnego dnia po Patryku możesz wstać, ucieszyć się z wiosny i ogólnie być na chodzie: you didn't do it right. :D Pod tym względem Sio apparently did do it right, skoro (na trzeźwo ponoć :>) zaliczyła spacer tak długi że nie może chodzić. :D

Myśl o podrygowym towarzystwie :

Gdzie te czasy że dużą część znajomych można było wywabić na miasto jednym smsem nie zależnie od środka tygodnia i zmęczenia? Nie narzekam na tych co się nie stawili bo ja pewnie miałabym dokładnie tak samo gdyby nie moje wczorajsze parcie na zielone, still zaduma mnie naszła gdzie się tamte czasy podziały. Sniff. Jak również te czasy w których to my (zaimek zbiorowy figuratywny) byliśmy (ok, byłyśmy) tymi dziećmi o rozpalonych twarzach, tańczącymi w zespołach, a przynajmniej podrygującymi gorliwie do rytmu.
Wczoraj 'Pod[nomen omen] Aniołem' był taki tłok że zamiast nauki ceili (no ok brania udziału w ceili) i poobijania sobie kolan i łokci, wybrałam picie piwa z Anką przy wywyższonym nad parkiet stoliku. Może to było spowodowane  moimi wyrzutami sumienia że najpierw zaciągnęłam ją na kiepski film, a potem shajdżakowałam na imprezę nie do końca w jej klimatach, ale też i tym że siedząc z boku i obserwując wyczułam skradającą mi się do głowy świadomość wzorca 'typowej panny z zespołu', którą (krótko bo krótko) sama kiedyś byłam. Wzorzec nie skrystalizował mi się całkowicie, ale jakoś tak nie do końca przyjemnie otarł mi się o świadomość. Brr. Dobra impreza irlandzka dobrą imprezą irlandzka ale... rzeka, płynąca woda, wchodzenie dwa razy, dzwoniący listonosz - you know the gist. Zresztą jakie miasto taka impreza. Ergo w Toruniu były niemal same dzieci późnolicealne i wczesnostudyjne, a organizatorem całości był...klub Kultury Anglosaskiej. Omm!!! Zastanawiam sie czy opowiadać o tym znajomym ajriszom, czy jednak chwila mojej złośliwej radości może kogos kosztować apopleksję. Wybory, wybory.  Są takie trudne gdy cżłowiek ma byc dorosły. :]


Myśl kinowa:

Myśl pierwsza przeganiająca z początu wszystkie inne brzmi: Kto Peterowi Jacksonowi wymienił mózg  na pianę, że nakręcił tak straszliwe badziewie?!!!  Nieszczęsna 'Nostalgia [nomen omen, widzę pattern naszego wieczoru nagle ] anioła' czyli 'Lovely bones' nie byłyby złym filmem gdyby... zmienic połowę. Idea tego że nie mogący rozstać się ze światem nieboszczyk opowiada swoją historię, obserwuje swoją rodzine i mordercę, usiłuje jakoś wpłynąć na dalsze ich losy, zwłaszcza na kwestię doprowadzenia do ukarania złoczyńcy byłaby całkiem ciekawym punktem wyjścia. Zwłaszcza że nieboszczkę stanowi czternastoletnie dziewczę o urodzie wychudłej lekko elfiej dziewczyny z sąsiedztwa, której młode życie zakończyło się za wcześnie. Szkoda tylko że zamiast pozwolić widzowi wysnuć wniosek o marnotrawczej wręcz krótkości jej żywota z tego ze a) jest oczywisty b) ewentualnych delikatnych sugestii, film musi nam to wielokrotnie przeliterować głównie przy pomocy cierpiącej i zduszonej golfem miny jej niedoszłego love interest, tudzież grubą krechą nasmarowanych mądrości o tym co też nasza bohaterka z życia straciła (nastoletnia ciąża np.). Szkoda też i jeszcze wielu innych rzeczy. Szkoda że Mark Wahlberg, dla którego- w mojej skromnej świadomości jego pełnej kariery aktorskiej-jest to rola życia, nadal pozostaje drewniany (inna sprawa że może nie kupował filmu jako całości, nie dziwię się), Rachel Weisz po początkowych mocnym momentach (scena gdy detektyw przynosi czapkę Suzy) w zasadzie nie ma nic do roboty przez resztę filmu, poza wyglądaniem na cierpiącą, tak samo zresztą jak i główna bohaterka- dziecko moze nie wybitne szczególnie ale świeże, którego możliwości  można było lepiej (no pun intended here) wykorzystać. Do tego dochodzą cukierkowe krajobrazy zaświatów (ok, do pewnego momentu ciekawe i fajnie nakręcone- sekwencja 'glam '70s' to ogólne miodzio, ale w przez większośc czasu ekranowego albo tak przesłodzone, albo tak przewidywalnie sptrupieszałe i straszliwe,  gdy ma być straszno i smutno- bez  jakiejś nutki suspensu i tego czegoś), kompletnie idiotyczna scena ponownego spotkania z ukochanym (bo duch wstępujący w czyjeś ciało powienien raczej przelecieć Hindusa który się napatoczył w okolicy, niż zająć niedopuszczeniem by jego zwłoki zatopiono w cemencie- po co też oryginalnie w to ciało wcielił), oraz zakończenie w stylu deus ex machina, źli zostają ukarani (zawsze prawda???) a dobrzy idą do nieba. Morał nam po hamerykańsku wytłuścili na końcu w całej glorii złocieni i seledynów, a potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie a (16, 17 letnia na tym etapie?) młodsza siostra głównej bohaterki zaszła w ciążę. Skakać pod niebo i uszami klaskac normalnie.  Najgorsze jest to że ta historia naprawdę miała potencjał i mimo tego że siedząć w kinie zjeżdżałyśmy ją z Anką równo, w stylu który prezentuję powyżej, to gdyby było tak 3/4 moich zarzutów było bezpodstawnych uznałabym całość  za dobry film. Ale nie mogę, po prostu nie mogę kiedy banał  goni banał, a tragedia i uczucia czyli coś co mogło być siłą tej historii giną w pastelach i uogólnieniach. Nawet Susan Sarandon grająca (genialnie) babcię alkoholiczkę nie ratuje tej historii. A jak czegoś nie ratuje  świetna Susan Sarandon, to musi być źle.

Zastanwiam się czy Jacksonową martwicę mózgu (this time pun very much intended) można przypisać faktowi bycia rodzicem? Na etapie kręcenia Władcy jego córka była kilkulatką, więc teraz jest pewnie nastolatką. Ojciec w reżyserze (zrozumiale) zaczyna zastawiać się co może grozic jego dziecku, i chce to jakoś wyrazić. Wszystko pięknie, tylko czemu tak kiczowato?

Ok. On separate note: jestem geniuszem! Exhibit A jest tu -córka ma...14 lat   a exhibit b tu (polecam fragment o wycięciu sceny gwałtu i ogólnym z pg-13owaniu całego filmu) Jestem ciekawa swoją drogą czy powieść to też gniot (maybe not? *hopeful*) czy tylko ekranizacja ją takim uczyniła.

Myśl zaprzeszła lekko przegryziona:

Od paru dni gryzło mnie coś w podswiadomość i teraz już wiem co. Mam znajomych ( w pracy, w róznych miejscach) którzy cenią sobie brandohiny* i licytują się co lepszymi logami i markami. To jest oczywiste pozerstwo czystej wody. Pozerstwo bywa ciężkostrawne i jak każda ludzka śmiesznostka godne jest częstopowtarzanej kpiny rzecz jasna. Ale mam też znajomych którzy bardzo głośno są antymarkowi, a kontestację swą prezentują często gęsto, krytykancko i czy ktos chce jej słuchać czy nie. Co więcej swój sąd o jednostach inszych opierają na tym jak bardzo kontestancka taka dana jednostka jest lub nie jest. Ale ich już nikt nie śmie krytykować oficjalnie,  bo przecież taka 'no logizmowa' postawa jest właściwa i pożądana, należy wyłamywać się z mainstreamów i konwenansów, ta ra ra i cim ciri. Mhm. Mnie osobiście coś w tym całym obrazku uwierało już od jakiegoś czasu  i teraz dopiero  nagle mnie oświeciło co. Otóż już wiem teraz, że dla mnie ta na barykadach grzmiąca  kontestacja pozerstwa, jest tak naprawdę inną odmianą pozerstwa właśnie. W formie wysublimowanej, wyżejlevelowej,  ale jednak nieodmiennie kpiny wartej. Dobrotliwej kpiny, po przywar ludzkich jest wiele i potępiac je wszystkie na poważnie może jeno bardzo nudny i smutny cżłowiek o nadmiarze wolnego czasu, ale jednak kpiny. Bo to krzyczące pozerstwo odwrócone, jest walczące i potępiające innych w czambuł, więc przydałoby mu się trochę zdrowego otrzeźwienia. Albo mi trochę rozrywki. Bo dochodzimy już do takich paradoksów że wśród jednych znajomych nie masz co się odzywać bo nie masz Maca, kurtki z la costy i blackberry etc.[because I don't need them, hello!] , a wśród drugich schowaj ajpoda dziecko, bo jest złym  (i zaplutym) karłem globalizacji. Ommm .. of kors. I siedliskiem Szmatana i grzechu śmiertelnego tesz... o_O"  Taki ajpod proszę państwa, bywa niewygodny, jest oczywistym brandohinem i sprzedają nam go jako zenistycznie estetyczną oznakę statusu. Ten kto sobie z tego nie zdaje sprawy, i twierdzi że go kupuje dla wyższych uczuć estetyczno-religijnych nieomal, jest albo świadomie kłamliwym psubratem, albo jest w głębokim denajalu. Ja nie jestem. Wiem że mojego Iana  kupiłam bo jest ładny (zwłaszcza w niebieskiej osłonce)i  ma 120GB dysku które mieści rózne moje różności. Poza tym daje mi challenge, bo Ajtjuns mówi- film możesz mieć tylko jak go kupisz u nas. A wujek Gugiel pomaga mi znaleźć opcje jak to obejść, obejść system de facto: stick it to the man- jakie to tradycjonalistycznie polskie i alterglobalistycznie nonkonformistyczne.:DDD  Więc niech mi jeden durny pałąk z drugim nie mówią że ajpod to zuo (sic!) bo nie spełnia ich osobistych kryterów nonkonformizmu,  tego ich pozerstwa z którego sami nie zdają sobie sprawy.  Nonkonformizm misiaczki, jak mrok nosi się w środku a nie krzyczy o nim wszem i wobec. A pozerstwu zdecydowanie mówimy NIE. Nawet własnemu. *kończy pozować na męczennicę walki z pozerstwem i myśli co zjeść na obiad* :DDDD

*'brandohin' z japońskiego- przedmiot markowy

Mood             


 Słownie proliferyczny -_-"




PS. Dzisiejszą notkę sponsoruje literka M jak Mari, a wszystko z powodu urodzin. Wszystkiego najlepszego Martha Dear w kolejnym tysiącleciu. Damn, przedwieczny kazał nie rozmawiac o wieku przy smiertelnikach.... :>

6 komentarzy:

  1. Ach, no bo mówiłaś najpewniej o nowym tysiącleciu TEGO ŚWIATA *mówi głośno i wyraźnie, rozglądając się znacząco wokół* Dzięki, serdeńko, no jakoś powolutku to leci...8-D *ziu! korek wyskoczył z butelki i ze świstem pomknął do przedpokoju*
    Co do Jacksona - się nie wypowiem, bo znasz moją opinię na temat LoTRA. Od kiczu bym go tak zaraz nie odżegnywała :P
    Co do nonkoformistycznych krzykaczy- ach, złoci ludzie! Oby ich jak najwięcej spotykać, wyrabiają w człowieku znakomity bullshit-detector :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Uff. Faktycznie dlugie to Ci wyszlo.

    Bedzie w punktach.

    (1) Ja wiem, ze mnie zdzielisz przez leb, ale w dublinskim swiecie rownoleglym nie wychodzenie pic jest nienaturalne. A mnie sie juz czesto po prostu...nie chce... Stad miedzy innymi pomysl bezalkoholowego Patryka, po ktorym i tak sie ruszac nie moge.

    (2) Lovely bones nie widzialam; ksiazka podobno swietna. Ale dobrze, ze piszesz, omine. I tak mam za duzo opcji a za malo czasu. Czyli cos, co u mnie jest standardem.

    (3) Pozerstwu we wszystkich formach mowimy nie; mowimy nie wszystkiemu, co sztuczne, nadete i przekonane o wlasnej wyzszosci (znaczy czesci spoleczenstwa? Pominmy to i idzmy dalej).
    MOwimy tak zlotym srodkom, szczerosci i wyluzowaniu. (A to ostatnie wytatuuje sobie na czole.)

    PS. Mam net - o ile sie na niego nie wypniemy i nie uznamy, ze jest jednak do dupy.
    Iiihaha, poki co. ;>**

    OdpowiedzUsuń
  3. @Sio
    1.Co mam cie zdzielać w łeb, to że się delikatnie nabijamm nie znaczy że nie rozumiem że masz prawo do własnych wyborów, i do spedzania czasu jak chcesz. I przy dublinskimk zyciu moge zrozumiec czemu masz dosć tak więc luzik :*
    2. To moze kiedyż za książkę sie zabiore. Za baaardzo baaardzo długo.
    3. :DD
    4.OMG! Net! Wszelki duch wszelkich bogów chwali!

    @Mari
    Rzecz jasna że ja o tysiącleciu świata.. przedwieczny już mi nakładł po uszach za hmm... param pam. NIc nie mówię:>
    Co do krzykaczy rację masz duszko, zwłaszcza w tej kwestii że pomagają mi werbalizować moje likes i dislikes. Dzięki im za to. Ciekawe czy jak im kiedyś przygadam w realu to będą mi wdzięczni za tę lekcję życiową? :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Och, z czasem zrozumieją ^^
    Niektórym potrzeba lat, żeby dojść do pewnego rodzaju mądrości ^m^

    OdpowiedzUsuń
  5. Odnośnie Patrykowania: wieczór spędziłam, jak 14 wcześniejszych i następnych, w norweskiej głuszy. Na dodatek w pracy. Wystarczy?

    Odnośnie filmu - nie widziałam, nawet nie wiedziałam, że wchodzi, jestem na etapie Alicji. To znaczy jak już wrócę do cywilizacji to zobaczę. Mąż do mnie dzwonił w środku nocy, żeby mi powiedzieć, żę właśnie wyszedł z kina i że film jest cudowny i w ogóle. Odgryzłam się, że za kilka dni jadę na wycieczkę psim zaprzęgiem z koleżanką. W słuchawce zapadła cisza ;) Prawie taka sama jak w zeszłe lato, kiedy powiedziałam, że będę lecieć helikopterem ;)

    Sprawę rzeczy markowych pozostawiam bez komentarza, zapytam tylko: czym do cholery jest blacberry? A, i nie wiedziałam, że Lacosta robi kurtki.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nataszka... Uwielbiam Cię, weź się nie zmieniaj :DDDDD

    OdpowiedzUsuń