...na miarę zmarłego wraz z netem dokumentu na Google Docs (tak, nasz kablowy net to prawdziwy książe z bajki,a router sam jest li jak zombie) oraz na miare pomysłu zastępczego który napadl mnie rano. So here goes.
Priorytety
****
Kolejny cień padł na sprzedawcę gdy ten już zlany potem usiłował opędzić się od ponurych myśli.
- Blurghgg hrghhh ghghhh ghyyyy?- zapytała elokwentnie szara postać przestępując rytmicznie z nogi na nogę i kiwajac sie przy tym złowieszczo. Za postacią numer jeden, murem stał tłum postaci równie szarych, równie złowieszczych i o wiele mniej elokwentnych. Nie dało się ukryć że tłum łaknie krwi. Jego krwi.
Sprzedawcy pozostał jedynie jeden wybór a była nim natychmiastowa ucieczka. Mimo wieku i pewnych narosłości tuszowych poczuł przypływ sił i niczym Wałęsa za młodu przeskoczył przez ladę, rozepchnął tłum i rzucił się szukać schronienia na zewnątrz.
***
-Stary, coś ty mu zrobił?!- spytał Janusz pomagając Szymonowi wstać.
-Pytaj się mnie a ja ciebie. Ja tylko zapytałem go czy ma więcej pączków bo zajebiste ma kurna, a ten wyskoczył na mnie jak diabeł zza krzaka i zwiał w siną dal.- Szymon "dla przyjaciół Sajmon" wzruszył ramionami.
-W nie taką znowu siną...- stwierdził Piotr wskazując palcem na okno, za którym dostawca obiadów i okazjonalnych pączków w dzikim ferworze baraszkował po śniegu zgoła radośnie.Radośnie jeśli pominąć jego wykrzywione oblicze, i pianę toczącą mu się z ust.
****
Kolejny cień padł na sprzedawcę gdy ten już zlany potem usiłował opędzić się od ponurych myśli.
- Blurghgg hrghhh ghghhh ghyyyy?- zapytała elokwentnie szara postać przestępując rytmicznie z nogi na nogę i kiwajac sie przy tym złowieszczo. Za postacią numer jeden, murem stał tłum postaci równie szarych, równie złowieszczych i o wiele mniej elokwentnych. Nie dało się ukryć że tłum łaknie krwi. Jego krwi.
Sprzedawcy pozostał jedynie jeden wybór a była nim natychmiastowa ucieczka. Mimo wieku i pewnych narosłości tuszowych poczuł przypływ sił i niczym Wałęsa za młodu przeskoczył przez ladę, rozepchnął tłum i rzucił się szukać schronienia na zewnątrz.
***
-Stary, coś ty mu zrobił?!- spytał Janusz pomagając Szymonowi wstać.
-Pytaj się mnie a ja ciebie. Ja tylko zapytałem go czy ma więcej pączków bo zajebiste ma kurna, a ten wyskoczył na mnie jak diabeł zza krzaka i zwiał w siną dal.- Szymon "dla przyjaciół Sajmon" wzruszył ramionami.
-W nie taką znowu siną...- stwierdził Piotr wskazując palcem na okno, za którym dostawca obiadów i okazjonalnych pączków w dzikim ferworze baraszkował po śniegu zgoła radośnie.Radośnie jeśli pominąć jego wykrzywione oblicze, i pianę toczącą mu się z ust.
-Myślicie że ta piana przymarznie mu do twarzy?- zapytał ktoś z niezdrową ciekawością.
-Ja tam nie idę- rzucił profilaktycznie Szymon, nie żeby ktoś go znowu jakoś wybitnie wysyłałna zewnątrz, on wolał jednak od razu postawić sprawę jasno- Jego wariactwo może być zaraźliwe.
Pozostali pokiwali w zgodzie głowami, i tylko ktoś litościwie wyciągnął telefon by zadzwonić na pogotowie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że pobieżna lustracja pozostawionych przez Pana Kanapkę pojemników nie ujawniła żadnych dodatkowych pokładów pączków.A tłum ich łaknął. Łaknął jak krwii. Pąąączkóóów.
**
Minister Zdrowia spojrzał Dyrektorowi Instytutu Chorób Zakaźnych w głęboko osadzone oczy.
-Chce mi pan powiedzieć że pacjent zero zaraził się martwicą złośliwą jedząc pączki???
-Ściśle rzecz ujmując panie ministrze, to on zaraził się spożywając tort walentynkowy upieczony przez żonę. To cała reszta pacjentów grupy wyjściowej zaraziła się przez pączków. Ta sama mąka nieznanego pochodzenia- dyrektor dodał po chwili w odpowiedzi na powątpiewające spojrzenie ministra.- Miała jakieś dziwne domieszki, od których zgłupiały nam nawet najnowsze spektrometry.- dodał w przekonaniu własnym zapewne usłużnie, ale w mniemaniu ministra jakby mało pomocnie.
-Ja tam nie idę- rzucił profilaktycznie Szymon, nie żeby ktoś go znowu jakoś wybitnie wysyłałna zewnątrz, on wolał jednak od razu postawić sprawę jasno- Jego wariactwo może być zaraźliwe.
Pozostali pokiwali w zgodzie głowami, i tylko ktoś litościwie wyciągnął telefon by zadzwonić na pogotowie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że pobieżna lustracja pozostawionych przez Pana Kanapkę pojemników nie ujawniła żadnych dodatkowych pokładów pączków.A tłum ich łaknął. Łaknął jak krwii. Pąąączkóóów.
**
Minister Zdrowia spojrzał Dyrektorowi Instytutu Chorób Zakaźnych w głęboko osadzone oczy.
-Chce mi pan powiedzieć że pacjent zero zaraził się martwicą złośliwą jedząc pączki???
-Ściśle rzecz ujmując panie ministrze, to on zaraził się spożywając tort walentynkowy upieczony przez żonę. To cała reszta pacjentów grupy wyjściowej zaraziła się przez pączków. Ta sama mąka nieznanego pochodzenia- dyrektor dodał po chwili w odpowiedzi na powątpiewające spojrzenie ministra.- Miała jakieś dziwne domieszki, od których zgłupiały nam nawet najnowsze spektrometry.- dodał w przekonaniu własnym zapewne usłużnie, ale w mniemaniu ministra jakby mało pomocnie.
Minister zaczął masować sobie skronie ze zbolałym wyrazem twarzy, po czym spojrzał ponownie na swego gościa. Był 16 lutego, tłusty czwartek, godzina pierwsza po południu i to nie był dla niego dobry dzień.
-Co pan zaleca dyrektorze?
-Ogłosić wojskową izolację strefy zero, skonfiskowac wszystkie produkty mączne z pączkami na czele, i mieć nadzieję że i tym razem zaraza martwicy nie rozniesie się dalej.
-Co pan zaleca dyrektorze?
-Ogłosić wojskową izolację strefy zero, skonfiskowac wszystkie produkty mączne z pączkami na czele, i mieć nadzieję że i tym razem zaraza martwicy nie rozniesie się dalej.
Świetnie.- pomyślał minister.-Najpierw problemy polityczne z początku roku, a teraz jeszcze będzie pierwszym polskim politykiem, który nie dość że będzie musiał oficjalnie przyznać iż zombie istnieją i prawdopodobnie opanowały już co najmniej jedno województwo, to jeszcze powiedzieć ludziom że a) mają nie jeść pączków i chleba b) że mają mieć nadzieję że już się jednak nie zarazili. Jego kariera polityczna nie ma prawa tego przeżyc. Chyba że...- minister uśmiechnął się do siebie,
-To sytuacja wyjątkowa.-powiedział na głos- Nie mogę sam podjąć takiej decyzji. Musimy natychmiast udać się do premiera!- powiedział swemu gościowi dzwoniąc po szofera. Dyrektor też uśmiechnął się pod nosem, co na jego grobowo poważnym obliczu wyglądało dość groteskowo.
Minister wzruszył ramionami. Co z tego że jego szczytowe dupochroństwo było chwilowo wybitnie namacalne. To kryzys narodowy, a jako taki jest domeną premiera. On sam wykona parę wiernopoddańczych gestów na pokaz, a jak przyjdzie co do czego niech pierwszy zbiera polityczne cięgi. Uspokojony w tej kwestii, westchnął jednak czekając na samochód. Najgorsze w tym wszystkim było to że nawet nie jadł dziś jeszcze pączków, a co gorsza nie zanosiło się by sytuacja ta miała się zmienić. Ech, jednak biednemu to zawsze wiatr w oczy.-minister uznał że ma wszelkie prawo użalić się nad sobą.
*
Tymczasem w kujawsko-pomorskim ludzie radośnie przeżuwali pączki, faworki i siebie. Niektórzy zastanawiali się czemu władze ogłosiły stan wyjątkowy, ale gdy stracono już sygnały telewizyjny, radiowy i telefoniczny; gdy wszędzie padło już połączenie z siecią, ludzie zajęli się tym co w tłusty czwartek jest naprawdę istotne: życiem rodzinno-towarzyskim i wielkim żarciem.
Życie było piękne- w końcu mieli wkoło pełno soczystego mięska, no i pączki. Przede wszystkim pączki.
The End?
Temat zadany: luźno związany z zombie
Handicapo-challenge: 10 słowo pierwszego akapitu pierwszej lepszej otworzonej książki, jako słowo kluczowe: cień.
Stopień realizacji tego zadania: podstawowy- cień objawia się na początku, ale potem schedę przejmują PĄCZKI.
Czemu pączki spytacie? Bo na głodniaka rano pomyślałam sobie, co by się stało gdyby nagle w tłusty czwartek zabrakło pączków. Wiem, horror gorszy to niż same zombie. Poza tym u nas w pracy w ramach oszczędności, zrezygnowali z darmowych pączków dla pracowników, więc ma story- jak każde scary s-f czy inszy horror jest po prostu hiperbolicznym wyrazem moich lęków, a co.
Co nie zmienia faktu że jest to temat całkowicie zastępczy i wyprodukowany na chybcika(w domu)/ukradkiem na telefonie(w pracy) bo a) moja oryginalna story wisi sobie na Google Docs i b) (w założeniu) jest terribly clever, kiedy w realu może być jeno 'terrible'. Się okaże jak będę miała net i czas by ją obrobić.
Póki co trzymajmy kciuki by gmail na komórce zadziałał, i żeby niniejszy post- (tfu co za brzydkie słowo w dniu dzisiejszym) się zamieścił. Formatowaniem zajmę się potem. Póki co do pracy i do pączków rodacy.
Proszę się nie czepiać poziomu (nie)prawdopodobieństwa tak szybkich działań służm medycznych i porządkowych w Polsce. W końcu jest to opowieści poniekąd science-fiction (sciency-fiction?) o zombie. Just go with it.
And we have a winner :D
OdpowiedzUsuńAww. Thanks :) Twój głos jest bardzo ważny jak mnie nie zdyskwalifikują za obsuwkę czasową :)
OdpowiedzUsuńTo teraz musze przeczytać pozostałe bo sie nie chciałam zasugerować =D
Wygrałaś :D
OdpowiedzUsuńEee, ja tam się do czasu czepiał nie będę. Ostatecznie mam ten plus, że dzień mi się szybciej zaczyna :P
OdpowiedzUsuńDo tego jako jedyna trzymałaś się litery zabawy: prozaiczne, krótkie i zdecydowanie formo-podobne. Fajny pomysł.
Wyobraź sobie, że dzisiaj nawet nie widziałem pączka - o jego posmakowaniu nawet nie marzę :)
Mi się podoba język, potoczysty i barwny :)
OdpowiedzUsuńCieszę że się podobało:)
OdpowiedzUsuńPrzeczytam wasze jutro jak wstanę bo od dwóch dni albom w robocie, albo imprezuje.
Póki co zaczęłam czytać wczoraj Wojciechowe story które zapowiada się ciekawie ale jest DŁUUGIE. I czy ja dobrze dojrzałam na końcu że będzie ciąg dalszy? Not that I mind ale... to miała być 'forma krótka' a przynajmniej 'forma nie-epopejasta' right? :DDD Anyway, jak tylko doczytam wasze sie odezwę:)