środa, 29 lipca 2009

Koniec

Miesiąc temu moja bardzo żywa babcia poszła do szpitala
z nieznacznym problemem żołądkowym.
Wtedy chodziła (choć wolno), śmiała się (choć oszczędnie),
i nic nie wskazywało na to że dolega jej coś poważnego.

Dziś jej już nie ma- umarła wczoraj we śnie,a dla nas-
dla rodziny jest to zmiana wymiarów tektonicznych.
Chwilowo utrzymujemy się w stanie wzmożonej zajętości,
jak stado pszczół nastawione zadaniowo.

Wizyta u Skrzydlewskiej-odhaczona, kremacja- załatwiona,
pogrzeb- w trakcie załatwiania, sprawy spółdzielniowo-opłatowe
takoż. Czarne ciuchy w ilości wystarczającej- odhaczone.

To ciche, zmęczone momenty napawają obawą.
Przysiądniącie tu, papieros tam. Moment przed uśnięciem,
który jak u mamy zamienia się w godziny.
Te chwile jak okruchy pozostałe nawet po najporządniejszym
zamiataniu. Chwile kiedy umysł sam bezwiednie zaczyna
myśleć i rozpamiętywać. Odmierzać stratę i zapętlać
się w bólu. A przecież trzeba iść dalej, prawda?

Mojej Babci,
Najwspanialszej pani mgr inżynier chemik pod słońcem,
wspaniałej babce i matce, cudownej kobiecie:
Odpoczynku i słonecznej drogi.
(1930-2009)



4 komentarze:

  1. Przykro mi. Współczuję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nic już nie powiem - ale rozumiem aż za dobrze. Przytulam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Sciskam. Zadzwonie ja dotre w normalna strefe czasowa. :***

    OdpowiedzUsuń
  4. Tenel trzymaj sie. Naprawde wiem co czujesz- w zeszlym roku odszedl nagle moj ukochany dziadek i najlepszy czlowiek jakiego w zyciu znalam.

    OdpowiedzUsuń