Pierwszy dzień pracy skończył się dla mnie piramidalnym bólem głowy, przy całkowitym braku piramidonu (lub środków zastępczych, wzdech). Wnioski? Praca szkodzi. Strzeżcie się dziatki.
W związku z powyższym muszę się wybrać po jakieś prochy (preferably good ones, thank you dear sir), i tak sobie zaczęłam na ten temat myśleć. W liceum i na studiach szprycowałam się apapami na pierwszy znak nadciągającego kłucia w zwojach, ale potem miałam fazę(pływową, o nieznanym wpływie Księżyca na niąż) na nietłumienie organizmu od razu, tylko słuchanie tego co chce powiedzieć. Bo jak boli to coś się dzieje, z czegoś to wynika- na coś to wpływa bla bla bla. Brzmi nieźle i nie chodziło nawet o jakiś bardzo nju-ejdżowy crap, czy o to że jak urodzony malkontent lubię sobie pocierpieć (although that, you know, can be fun^^). Bardziej o to żeby się przy byleczym nie zapychać prochami, bo ile można, no i potem nie działają bo sobie człowiek tolerancję za dużą wyrobił.
I ogólnie rzecz biorąc zacna to idea i nadal ją praktykuję- jak Bon Jovi: on occasion-, ale są w życiu takie chwile kiedy przypomina mi się takie jedno opowiadanie z Fantastyki (ni cholery nie pamiętam jakie, jak mnie ktoś oświeci to będzie fajnie, po czym znów zapomne)... Daleka fjuturystyczna przyszłość, wydłużone życie ludzkie, specyfiki na wszystko, bio i cyber implanty- ogólnie żyje się jak ta lala, ale oczywiście są też dziwacy którzy te wszystkie zdobycze odrzucają i chcą żyć naturalnie, bez implantów, medykamentów i w ogóle old skulowo. Budzą rzecz jasna lekką konsternację w społeczeństwie choć nikt im w sumie tego nie zabrania, ale jedna z głównych (zdaje się) postaci- matka dorosłej córki- martwi się o nią bo ta należy do tegoż ruchu i na dodatek zaszła w ciąże (zakładamy że też naturalnie). Matka z lekkim takim niepokojem myśli że córkę w czasie porodu będzie przecież w ogóle bolało (sic!) a ona taka nienawykła jest w tym nowoczesnym świecie. Finał jest oczywiście taki, że córka naturalistka skręca nogę co jest tak bolesne iż stwierdza iż chrzani tą całą naturalność, na poród to oni mają ją ogłuszyć.
Więc dziś drogi świecie ja też chrzanię słuchanie głosów trzewi i idę po ibuprom, ot co.
Inna sprawa że idę po niego dopiero teraz bo sroka zobaczyła zeszyt, i sroka musiała kupić, więc wydała wszystkie drobne króre miała przy sobie. Sroki papierniczo-biurowe tak mają proszę Państwa. Przynabywują ( w drodze kupna lub wyłudna) nowe śliczne zeszyty, pisaczki itede itepe, a potem nie piszą w nich/nimi tylko stukają namiętnie w komputer np. pisząc notki o swych nałogach, oł je. Za działaniem sroki nie stoi bynajmniej (bynajmniej-użyte nie jako substytut przynajmniej-fanfary proszę!) li i jedynie chęć posiadania (porównaj: smocze skarby)- nie, sroka (gatunek Tenellus Szalonus) ma szczerą nadzieję że coś ze zdobytymi dobrami uczyni, że spożytkuje je w sposób zgoła rozsądny i użyteczny, tak że ze ślicznych szpargałów zmienią się w przedmioty utylitarnie piękne. Trzymajmy za srokę kciuki może kiedyś jej się uda, a póki co sroka siedzi na stosie przyborów około-biurowych i je kontempluje, w przerwach między wypatrywaniem nowych a stukaniem w klawiature (por. dzięciowł klawy), i co prawda smokiem nasza sroka się nie mieni (choć jak on- lubi to co się mieni) to jednak efekt jej zbieractwa (sroka i smok nie lubią gdy badacze nazywają ich zwyczaje c h o m i k o w a n i e m ) jest w gruncie rzeczy ten sam., z tą jeno różnicą iż sroka swój podręczny zbiór przedmiotów zwie zwykle- o ironio!- niezbędnikiem. Ironi tej nie powinien jednak badacz napotkanej sroce wypominać, bo może się- że się tak wyrażę kolokwialnie(tak Kowalski, notować! Będzie z tego kolokwium.)- rozindyczyć i w przypływie gniewu obrzucać delikwenta aronią. Nauka dopiero zaczyna eksplorować ten temat, ale z pobieżnych (i ostrożnych) badań zdaje się wynikać iż u srok poczucie ironii i aronii leżą niebezpiecznie blisko siebie, co możą wywoływać patologiczne zapalenia przyczynowo-skutkowe. Badaczu, chroń srokę przed sobą samym! Nie ironizuj, nie aronizuj, bądź też ostrożny z aromatyzacją!
...nie mówiąc już o deratyzacji?... ;)
OdpowiedzUsuńW rzeczy samej. A fe, żeby nie rzec auto-da-fé.
OdpowiedzUsuńHmm, po przeczytaniu notki odkryłem, że posiadam sporą liczbę zeszytów, notatników itp. które pozostaja pustymi. A co wyjdę "na miasto" widzę kolejny, który chcę (Japonia - kraj, w którym do perfekcji opanowano wyciąganie z ludzi pieniedzy za pomocą przedmiotów użytku biurowego). Huh. Już nawet pisanie w trzech notatnikach na raz nie sprawia, że czuję się z tym lepiej...
OdpowiedzUsuńPS. Planujemy z Mari formę winną. Dołączycz?
PPS. Nie mogę się powstrzymać... hasło/kod do poprzedniego wpisu brzmiał "snapediv"...Snape Diva? :P
OdpowiedzUsuńSnape Diva? I like :)))
OdpowiedzUsuńBym reflektowała w sumie, w zależności od ustaleń czasowych/ Daj znać co/czy żeście już wymyślili.
Więcej o formie winnej 2012 u mnie na blogu. Rzuć okiem i daj znać czy jesteś zainteresowana.
OdpowiedzUsuńSię zapoznam :)
OdpowiedzUsuń